Postanowiłam więc poszperać nieco po sklepowych półkach z nadzieją, że znajdę coś, co przywróci mojej buzi dawny - może nieidealny, ale "wyjściowy" - wygląd. Udało się - znalazłam gotowy, już dokładnie odmierzony zestaw do samodzielnego przygotowania maski łagodzącej.
Od razu zabrałam się za jej "ukręcenie". W woreczku znalazłam następujące składniki:
- Cosmedię SP – 0,6 g
- Glyceryl Cocoate/Peg 7 – 1,5 g
- Olej ze słodkich migdałów – 3 g
- Glicerynę roślinną – 1,2 g
- Ekstrakt z kwiatów Czarnego bzu – 3 g
- Caresoft eco – 3 g
- Ekstrakt z lukrecji – 2,4 g (prawdę powiedziawszy, oglądając ten półprodukt, na chwilkę zamarłam, nie znoszę lukrecji, ma jakiś taki paskudny smak, ale jak się okazało - na szczęście moja buzia tego zdania nie podziela ;))
- Naturalny konserwant – 0,3 g
- No i oczywiście tradycyjnie już - pojemnik plastikowy na maskę, pipetę jednorazową, naklejkę i szpatułkę
Następnie wystarczyło zakasać rękawy i przystąpić do "ukręcenia" łagodzącego specyfiku:
- Wyciągnęłam wszystkie składniki z woreczka i przygotowałam dodatkową wodę demineralizowaną oraz dwie szklane zlewki. Ułożyłam składniki i sprzęt tak, żeby wszystko leżało w zasięgu ręki i żeby można było wszystkie półprodukty od razu po kolei wlewać.
- Do pierwszej zlewki dodałam po kolei następujące odmierzone już składniki: cosmedię, glyceryl cocoate, olej, glicerynę i konserwant.
Po czym wszystkie dodane składniki dokładnie wymieszałam.
- W drugim naczyniu odmierzyłam wodę i podgrzałam ją w łaźni wodnej do temperatury około 50 °C. Wiem, że ciężko "tak na dotyk" określić, czy woda ma już właściwą temperaturę - sama miałam z tym problem, dlatego szczerze polecam zakup takiego termometru do sprawdzania temperatury herbaty. Jest to najczęściej urządzenie ekologiczne, spirytusowe, o zakresie temperatur 0-100 °C. Można go kupić w sklepach sprzedających yerba mate, czasami bywają także w sklepach z herbatami, ale z tego co wiem - rzadziej.
- Następnie zalałam ciepłą wodą, tą którą wcześniej odmierzyłam i podgrzałam w łaźni wodnej, składniki wlane do pierwszej zlewki, po czym całość intensywnie wymieszałam aż do całkowitego połączenia się wszystkich składników.
- Otrzymane mazidło odstawiłam do ostygnięcia.
- Po ostygnięciu do otrzymanej maski dodałam caresoft eco oraz ekstrakt z lukrecji i czarnego bzu. Całość znów dokładnie wymieszałam.
- I na koniec na pudełeczko nakleiłam załączoną w zestawie naklejkę, przelałam do niego maskę i od razu ją wypróbowałam! :)
I jak moje wrażenia po użyciu maski? Powiem szczerze - rewelacja! Niech nie zrazi Was lekko brązowawy kolor - to przez caresoft, ale gwarantuję, że maska nie barwi skóry. Do tego doskonale radzi sobie z podrażnieniami i popękanymi naczynkami (zasługa ekstraktu z czarnego bzu), które w zimie często się zdarzają. W szybki sposób wycisza zaognioną i zaczerwienioną skórę (zasługa oleju ze słodkich migdałów), przywracając jej równowagę lipidową (zasługa caresoft). Co więcej, działa antyalergicznie i przeciwzapalnie (zasługa ekstraktu z lukrecji). Ponadto chroni skórę przed działaniem czynników zewnętrznych oraz wzmacnia jej naturalną barierę ochronną.
Maski w tym mroźnym okresie używam praktycznie codziennie, ale już widzę, że podrażnienia są rzadkością, więc pewnie zacznę ją stosować tylko dwa razy w tygodniu np. jako maskę pod maski algowe lub glinki i błota (zamiast serum). Jeśli chodzi o przechowywanie - jak używałam maski codziennie, to trzymałam ją w łazience, ale teraz - kiedy mam zamiar rzadziej jej używać - włożę ją do lodówki.
Mam nadzieję, że maska zadziała na Was równie łagodząco jak na mnie! :)

